Prezydent też człowiek

Prezydent też człowiek

Podobno polityk to też człowiek. Prestiż postanowił to sprawdzić, bo Szczecin wkroczył w gorący okres kampanii wyborczej. Tylko u nas wyjątkowe zdjęcia całej siódemki kandydatów na prezydenta Szczecina i tajne informacji o nich. M.in. który z kandydatów na swoją pierwszą randkę umówił się na cmentarzu, kogo z nich fascynuje łucznictwo i kto został na Kubie wzięty za szpiega? Tylko w Prestiżu – politycy bez polityki.

Lalka „Barbie” i randka na cmentarzu

Kak każda mała dziewczynka, w dzieciństwie Małgorzata Jacyna – Witt marzyła o lalce „Barbie”. Było to jednak marzenie niespełnione, ponieważ mama pani Małgorzaty, dusza artystyczna, nie znosiła kiczu. – Kupiła mi więc szmacianą lalkę z plastikową głową, na którą ja z kolei nie mogłam patrzeć – wspomina Małgorzata Jacyna – Witt i dodaje: – Rozumiem małe dziewczynki, które chcą się ubierać na różowo. Nie odbierajmy im dziecięcej miłości do kiczu. Jak będą miały możliwość wyboru, to same z tego wyrosną, a jeśli na siłę odbierzemy im kicz, to pozostanie on w ich pamięci jako niespełnione, bolesne marzenie.

Bardziej trwałą pasją, nieomal celem życiowym pani Małgorzaty, okazało się aktorstwo. – Na zakończenie ósmej klasy podstawówki graliśmy w szkole „Zemstę” – wspomina pani Małgorzata. – Proponowano mi najpierw naturalnie role Klary, Podstoliny, ale mi to kompletnie nie wychodziło.

W końcu dostała rolę Papkina, i to był strzał w dziesiątkę. – Pasowałam temperamentem do tej postaci – zapewnia. – Na widowni słychać było tylko mnie, bo reszta dzieci, jak to w ósmej klasie, raczej mówiła cicho, nieśmiało. Miałam swoje pięć minut. Marzę, by jeszcze kiedyś zagrać Papkina!

Pani Małgorzata w dzieciństwie nie odrywała wzroku od książek. Ta pasja pozostała w niej do dziś.

Niedawno spędziła dwa tygodnie przy łóżku szpitalnym męża. W trakcie tego czuwania nadarzyła się okazja do nakarmienia czytelniczego głodu. „Milenium” Stiega Larssona, kryminał o społeczno – politycznym podłożu. – Ta powieść wciągnęła mnie tak mocno, że miałam jakiś irracjonalny żal do autora, że umarł po napisaniu trzeciej części i nie mógł już swojego cyklu kontynuować – przyznaje Małgorzata Jacyna – Witt.

Kolejny okres w swoim życiu, okres dojrzewania, pani Małgorzata nazywa okresem „trzepotania rzęsami”. Pierwsze imprezy, pierwsi chłopcy. – Na pierwszą randkę w swoim życiu umówiłam się na Cmentarzu Centralnym – opowiada pani Małgorzata. – Do tej pory lubię tam spędzać czas. Powszechnie znaną pasją Małgorzaty Jacyny – Witt jest golf. – Wbrew pozorom to bardzo wyczerpujący fizycznie sport – przekonuje pani Małgorzata. – Poza tym budzi ducha rywalizacji, zdrowej konkurencji. Moi rywale na golfowym polu czasem mi się dziwią, że tak poważnie traktuję rozgrywkę, rozpamiętuję każde złe uderzenie. Ale dla mnie golf to ćwiczenie charakteru, umiejętności walki.

Niewątpliwie ważne miejsce w spędzaniu wolnego czasu przez radną zajmuje film. – Uwielbiam Emira Kusturicę – wyznaje Jacyna – Witt. – „Czarny kot biały kot” tego reżysera to film, na którym śmieję się za każdym razem, widzę tam wszystkich nas jak w krzywym zwierciadle.

Do rangi rodzinnej tradycji urósł już w świadomości pani Małgorzaty legendarny melodramat. – Zawsze w wigilię, po wyjściu gości, pijemy z mężem dobre wino i oglądamy „Casablankę”. I za każdym razem płaczę! – dodaje.

Sienkiewicz, Depeche Mode i „Seksmisja”

Piotra Krzystka ostatnio najczęściej można spotkać na drodze, gdy jedzie swoim motocyklem. – Motor daje swobodę – przekonuje obecny prezydent. – Można przyspieszyć, poczuć podmuch wiatru. Lubię jeździć mało uczęszczanymi, ale malowniczymi drogami, ulubiony kierunek to Nowe Warpno.

Jednak pierwszym dziecięcym marzeniem Piotra Krzystka nie był własny motor, ale kariera kierowcy autobusu. Później przyszedł czas na pasję do budownictwa. – Z myślą o pracy na budowie poszedłem na kierunek matematyczno – fizyczny w liceum – wspomina. – Wtedy, w czasach PRL, zawód techniczny pozwalał nie angażować się w system, poza tym był dość prestiżowy.

Na półmetku szkoły średniej przyszłego prezydenta Szczecina zaczęły interesować polityka i historia. Od tej pory cel był jeden – studiować prawo. – Myślałem o wolnym zawodzie – przyznaje Piotr Krzystek. – Dlatego skończyło się na zawodzie radcy prawnego.

Wśród pasji prezydenta poczesne miejsce zajmuje też film. Piotr Krzystek lubi w wolnych chwilach oglądać po raz kolejny kultowe polskie komedie – „Seksmisję” i „Misia”.

Muzyka zajmuje miejsce jedynie w samochodowych głośnikach. – Lubię posłuchać sobie klasyki polskiego rocka – stwierdza pan Piotr. – Lady Pank, Perfect to czasy mojej młodości, wracam do nich z sentymentem. Podobnie do Depeche Mode.

Z nostalgią prezydent wspomina czasy licealne, gdy muzyka w jego życiu brzmiała nie tylko w aucie, ale i na parkietach szczecińskich klubów. – Lubiłem chodzić do Imperium, Pinokio, Transu. Zwłaszcza do Transu. Pełno ludzi, pełno dymu, tanie piwo, sympatyczna zabawa.

Obecnie Piotr Krzystek jest zapalonym tenisistą. Pasją zaraził swojego jedenastoletniego syna, który już wygrywa na korcie z tatą. – Wróżę mu wielką karierę sportową – zapowiada z dumą.

W wolnych chwilach Piotr Krzystek relaksuje się rejsami motorówką po kanałach Międzyodrza, które nazywa „szczecińską Amazonią”. – Lubię takie rejsy ze znajomymi, wokół dzika przyroda, woda, którą uwielbiam, no i dawne stanowiska niemieckich u-bootów – zamiłowanie do wody łączy więc Krzystek z pasją historyczną.

Sporty wodne są hobby pana Piotra odkąd zapadła decyzja o organizacji Tall Ships Races w Szczecinie. Jednak największe marzenie podróżnicze nie wiąże się bezpośrednio z wodą. – Jak moje dzieci podrosną na tyle, że będą mogły zostać same w domu, zabiorę żonę w podróż do Nowej Zelandii, bo to chyba najbardziej malownicze miejsce na ziemi – marzy Piotr Krzystek. – Ale nie popłyniemy pod własnym żaglem, bo na to nie starczyłoby czasu.

Łucznik z gitarą

Arkadiusz Litwiński, jak niemal każdy mężczyzna, w dzieciństwie chciał zostać żołnierzem. Między innymi z tą myślą trafił do harcerstwa. Z tych też czasów pochodzi jego kolejna pasja. – Na obozach harcerskich lubiłem grywać na gitarze – wspomina poseł.

Litwiński nie rozstawał się ze swoim ulubionym instrumentem także poza harcerstwem. W klasie maturalnej założył z kolegami zespół, nawiązujący stylem do rocka progresywnego. – Sam napisałem dwie piosenki, które znalazły się w repertuarze naszej grupy – wspomina pan Arkadiusz.

Swój chrzest bojowy na muzycznej scenie Szczecina przeżył Litwiński w wieku dziewiętnastu lat, tuż po swojej maturze. – To było ogromne przeżycie, byłem w zespole najmłodszy, a graliśmy pod Akademią Morską, w trakcie Dni Morza.

Dziś już pan Arkadiusz na gitarze grywa sporadycznie. Choć muzyki już nie tworzy, dalej chętnie jej słucha. I to przeróżnej, od renesansowej polifonii, przez folk, szanty, poezję śpiewaną na jazzie skończywszy – Zdarza mi się słuchać artystów hiphopowych, w tekstach Peji i Trzeciego Wymiaru, a zwłaszcza Łony jest wiele soczyście wyrażonej prawdy - dodaje Litwiński.

Poza muzyką pasjonuje się także między innymi historią. Głównie dziejami Szczecina ostatnich dwustu lat, z naciskiem na losy zwykłych szczecinian. – Choć ostatnio zainteresowały mnie też barwne opowieści o wczesnym średniowieczu wojewody Drużyny Grodu Trzygłowa, Igora Górewicza – przyznaje Litwiński. – Pod ich wpływem zamierzam zagłębić się w zapomnianą, przedchrześcijańską historię Pomorza – dodaje poseł.

Arkadiusz Litwiński jest też od siedmiu lat zapalonym fotografem. – Lubię patrzeć na świat przez obiektyw, bo wydaje mi się wtedy ciekawszy – zapewnia poseł.

O magii fotografii według Litwińskiego nie stanowią ani filtry, ani właściwości obiektywu, ani żadne parametry techniczne. – Uchwycenie konkretnej chwili na zdjęciu to po trochu metafizyka – konstatuje poseł.

Litwiński ma w swoich zbiorach zdjęcia krajobrazów, jak i zwierząt, ludzi. Nie jest jednak typem paparazzi, który za wszelką cenę sfotografuje interesujący go obiekt. – Podróżowałem z aparatem raczej po krajach europejskich i miałem na tyle skrupułów, aby raczej nie robić zdjęć ludziom, bez ich poznania – przyznaje poseł.

Idolem Litwińskiego w dziedzinie fotografii jest Paweł Chara – podróżnik z aparatem w rękach.

Arkadiusz Litwiński w miarę wolnego czasu zamierza zająć się łucznictwem. Pasji do tego sportu nie wyniósł jednak poseł z opowieści o Robin Hoodzie, bynajmniej. – Łucznictwo to dla mnie element fascynacji filozofią Dalekiego Wschodu – zapewnia Litwiński. – Zainteresowanie buddyzmem, Zen zaprowadziły mnie do łucznictwa. Filozofia buddyjska pomaga znaleźć właściwe proporcje w życiu, odnaleźć wewnętrzny spokój i zachować pogodę ducha – dodaje.

Sport ten dla posła jest nie tylko kwestią sprawności fizycznej. – Łucznictwo wymaga koncentracji, skupienia, ćwiczenia oddechu, wręcz medytacji – przekonuje pan Arkadiusz. – Wyrabia więc zarówno sprawność fizyczną, jak i duchową.

Choć w Szczecinie działa klub łucznictwa, poseł zamierza uprawiać swoją nową pasję w samotności, na świeżym powietrzu.

Obecnie jednak pan Arkadiusz wolne chwile spędza najczęściej na zabawie ze swoim dziewięciomiesięcznym synem.

Narty i polski ślad w Brazylii

Amerykańskie wielkie jeziora, Brazylia – marzenia podróżnicze niejednego polskiego turysty Anna Nowak realizowała razem ze swoim mężem – marynarzem. – Lubiłam towarzyszyć mężowi w jego dalekich wyprawach – wspomina pani Anna.

Szczególnie dobrze wspomina pobyt w Brazylii. - Tam, w urokliwej restauracji nad wodospadem, usłyszeliśmy kiedyś polską piosenkę – „Do serca przytul psa” kabaretu Elita – wspomina pani Anna. - To było o tyle zaskakujące i wzruszające, że nikt tam nie wiedział, że jesteśmy Polakami, widocznie ktoś w tej restauracji przed nami zostawił polski ślad.

Jednak pierwszą zapamiętaną szczęśliwą chwilą w życiu Anny Nowak nie była daleka podróż do egzotycznego kraju. Z dzieciństwa pani Anna najlepiej wspomina pojawienie się rodzeństwa – trojaczków: dwóch sióstr i brata. – Cieszyłam się, że w moim życiu pojawią się inne dzieci – wspomina pani Anna. – W tym momencie narodziła się nowa jakość mojego życia rodzinnego, z jednej strony – szczęśliwe dzieciństwo, z drugiej - odpowiedzialność za rodzeństwo. Z dnia na dzień musiałam stać się osobą dorosłą.

Dziś w wolnych chwilach pani Anna nie lubi biernego odpoczynku. – Uwielbiam spędzać czas ze swoim wnukiem Antosiem – przyznaje. – Zwykle najpierw odbieram go z przedszkola, potem idziemy coś zjeść, najczęściej do jakiejś pizzerii.

Dużą przyjemnością dla pani Anny jest słuchanie muzyki. – Najchętniej słucham jazzu – wyznaje. - Ale kiedy prowadzę samochód słucham radia, wtedy jest to stacja RMF Classic.

W domu Anny Nowak zawsze były zwierzęta. – Obecnie nie mam żadnych zwierząt, ponieważ brakuje mi czasu na opiekę nad nimi – stwierdza. – Nie mogę się jednak powstrzymać od dokarmiania. Nie zawsze jest to odpowiedzialne, zrozumiałam to kiedy dokarmiałam pod swoim domem dzikiego kota, oswoiłam go, aż zaczął przesiadywać pod samymi drzwiami. Potem jednak przeprowadziłam się, a kot został. Udało mi się na szczęście znaleźć dla niego rodzinę adopcyjną.

Anna Nowak co roku organizuje zjazdy rodzinne w swoim domu w Kołczewie, trzy kilometry od morza. – To magiczne miejsce – zapewnia pani Anna. – Lubię tam przed domem siadać wczesnym rankiem z kubkiem kawy i obserwować, jak wieś budzi się do życia.

Od dwóch lat pasją Anny Nowak są także góry. – Pewnego razu weszłam do sklepu sportowego – opowiada pani Anna. – I nagle poczułam niewytłumaczalny impuls: muszę kupić sobie narty biegowe! I kupiłam, mimo, że nigdy wcześniej nie miałam ich na nogach.

Uprawianie narciarstwa biegowego, chodzenie po górach Anna Nowak traktuje jako przezwyciężanie samej siebie. – Wysiłek fizyczny jest dla mnie najlepszą terapią psychiczną – przekonuje pani Anna.

W tym roku Anna Nowak wybrała się na Kasprowy Wierch. Mimo ulewnego deszczu, pani Anna podjęła próbę zdobycia szczytu. – Muszę tam kiedyś wrócić – zapowiada z determinacją pani Anna. – Bo zawsze warto mieć apetyt na życie!

Marzyciel z natury, szpieg z przypadku

Bartłomiej Sochański to marzyciel. – Od dziecka chciałem być podróżnikiem, mieć wiele przygód – wspomina mecenas. – Albo zostać sławnym piłkarzem, który swoje doświadczenia z podwórkowego kopania piłki przenosi na wielkie stadiony świata.

Dzieciństwo Bartłomieja Sochańskiego to czas poświęcony głównie sportowi. – Grałem we wszystkie możliwe dyscypliny zespołowe, łącznie z piłką wodną – wspomina pan Bartłomiej.

Na pierwszy plan wysunęły się w pewnym momencie piłka nożna i pływanie. W wieku dziewięciu lat po raz pierwszy założył koszulkę młodego piłkarza Pogoni Szczecin. – Do tej pory zachowałem na pamiątkę legitymację trampkarza Pogoni – mówi z nostalgią pan Bartłomiej. – Mieć taką legitymację to była wtedy wielka duma, aż koledzy zazdrościli. Dzięki niej mogłem wchodzić na stadion Pogoni bez rodziców i za darmo - dodaje.

W pewnym momencie jednak zaszła konieczność wyboru między sportem, a nauką. I choć Bartłomiej Sochański postawił na naukę, do tej pory chętnie uprawia sport. – Wysiłek fizyczny to najlepszy odpoczynek w warunkach pracy umysłowej – przekonuje. – Dlatego w wolnych chwilach chętnie pływam, spaceruję, uprawiam nordic walking.

Bartłomiej Sochański jest też amatorem żaglowców. Pasja do żagli spotyka się w jego zainteresowaniach z wiecznie żywymi marzeniami podróżniczymi. – Pod żaglami zwiedziłem Bałtyk, Morze Północne, Adriatyk – opowiada z dumą Bartłomiej Sochański.

Jednak ulubionym celem podróży mecenasa są Karaiby. Udało mu się zrealizować marzenie o wycieczce na Kubę, gdzie został wzięty za szpiega przez miejscową, komunistyczną służbę bezpieczeństwa. – Podejrzenie wzbudziła dobra znajomość hiszpańskiego u cudzoziemca – wspomina. – Zatrzymano mnie na drodze, gdy zmieniałem koło w samochodzie. Była chwila grozy, jednak w końcu uwierzyli, że nie przyjechałem obalać ich ustroju – śmieje się pan Bartłomiej.

– Moją słabością jest kultura hiszpańska – stwierdza. – Uwielbiam nie tylko język hiszpański, którym mówię biegle, ale i muzykę latynoską – flamenco, bolero, tango.

Z tej fascynacji kulturą hiszpańskojęzyczną wyrósł też kolejny, jeszcze niespełniony cel podróżniczych marzeń Bartłomieja Sochańskiego – Argentyna. – Chciałbym też zobaczyć Chile – dodaje.

Ulubieni wykonawcy mecenasa to kubański Buena Vista Social Club oraz meksykańska legenda Carlos Santana. Latynoska muzyka nieodłącznie kojarzy się z tańcem, jednak Bartłomiej Sochański przyznaje: – Kiepski ze mnie tancerz, gdy byłem młodszy, chętnie udzielałem się na parkiecie, teraz to już tylko przy szczególnych okazjach.

Oprócz sportu i latynoskich rytmów do swoich pasji zalicza też książki. – Ostatnio czytam amerykańską powieść szpiegowską „The Szczecin Secret” – opowiada mecenas. – Akcja dzieje się na początku zimnej wojny w Szczecinie, gdzie walczą ze sobą najpotężniejsze wywiady świata. Pasjonujący kryminał, szkoda, że w ogóle nieznany w Szczecinie, do tej pory nie przetłumaczony na polski.

Najlepszym odpoczynkiem jest jednak dla mecenasa w dalszym ciągu sport. Na żagle – poza zeszłorocznym, zwycięskim udziałem w regatach Unity Line – czasu nie ma zbyt wiele, pozostaje nordic walking. – Lubimy z żoną długie spacery, zwłaszcza Lasem Arkońskim w Szczecinie czy nadbałtycką plażą, szczególnie jesienią i wiosną, kiedy nie ma tłoku.

Polonista z gitarą

Od dziecka wiecznie zaczytany, już w podstawówce wiedział, że jego przyszłość związana będzie z książkami. Czytanie zaczął od komiksów, objawieniem i początkiem literackiej pasji był dla niego komiks „Thorgal” Van Hamme`a i Rosińskiego. Dzięki tej pasji mamie kilkuletniego Jędrzeja łatwiej było nad nim zapanować. W epoce peerelowskich kolejek, wybierając się na długą i nużącą wyprawę po zakupy z synkiem, kupowała mu komiks. – I tak szedłem w jednej ręce trzymając rękę mamy, a w drugiej komiks – opowiada Wijas. – Nie odrywając wzroku czytałem go w jedną stronę, a później, jak wracaliśmy do domu, w drugą stronę. Mama miała spokój, a ja się nie nudziłem.

Od fantastyki rozpoczęła się nowa pasja Jędrzeja Wijasa. – Wpadł mi w ręce kiedyś numer czasopisma „Fantastyka” poświęcony grafikom płyt muzyków heavy metalowych, nawiązujących do klimatów fantasy – wspomina Wijas.

Nie mając sprecyzowanego gustu muzycznego, a będąc wielbicielem komiksu science fiction, pan Jędrzej bez wahania kupił płytę Iron Maiden, której okładka wpadła mu w oko, a której muzyczna zawartość była mu jeszcze całkowicie obca. Kot kupiony w worku po rozpakowaniu okazał się strzałem w dziesiątkę. – Metal to muzyka bardzo dynamiczna, motoryczna, a więc osadzona w kontrapunkcie do mojej osobowości – konstatuje pan Jędrzej. – I ten właśnie kontrast mnie w tej muzyce najbardziej urzekł.

Urzekł do tego stopnia, że w czasach licealnych Jędrzej Wijas nie tylko stał się zapalonym słuchaczem metalu, ale i próbował ze szkolnymi kolegami założyć własny zespół. – W czwartej klasie liceum nosiłem długie włosy, katanę, grałem na gitarze, a to podobało się dziewczynom.

Jednak zespół Jędrzeja Wijasa rozpadł się, zanim powstał – Po pierwsze, ja chciałem grać szybko, ostro, z wykopem, a moi koledzy wprost przeciwnie – wspomina pan Jędrzej. – Poza tym zdałem sobie sprawę, że metal, czyli muzyka, którą kocham, nie zyska wiele na tym, że się nią zająłem.

Do tej pory jednak pan Jędrzej pogrywa na gitarze elektrycznej w domowym zaciszu. Pozostał wiernym słuchaczem metalu. Założył Stowarzyszenie Muzyki Ekstremalnej „Aaaaaaarrghh!”, zrzeszające fanów metalu z różnych środowisk.

Pytany o ulubione miejsce w Szczecinie Wijas odpowiada nietypowo. – Tramwaj nr 7. Na drugim roku studiów właśnie w tramwaju Wijas przeżył być może najważniejszą przygodę swojego życia. – W czasie sesji zimowej na drugim roku studiów poznałem w tramwaju kobietę, która czytała książkę – wspomina pan Jędrzej. – W tej książce było jedno zdanie, które mnie zaintrygowało.

Tramwaj zjeżdżał niespodziewanie do zajezdni. - Zdezorientowana kobieta odwróciła się do mnie i spytała dokąd jedzie tramwaj – wspomina Wijas. – Wytłumaczyłem jej, wysiedliśmy razem i zaprowadziłem ją tam, gdzie chciała dotrzeć.

Pan Jędrzej był tak zaaferowany, że zapomniał wziąć numeru telefonu, nie poznał nawet imienia nieznajomej. Jednak przeznaczenie chciało inaczej. Wpadli na siebie jeszcze raz przypadkiem i wtedy pan Jędrzej nie popełnił już tego samego błędu. - I tak dziś poznana wtedy kobieta jest od siedmiu lat moją żoną, mamy pięcioletniego syna i jesteśmy szczęśliwi.

Jędrzej Wijas nie snuje żadnych konkretnych marzeń na przyszłość. – Chcę tylko dalej żyć swoim dotychczasowym rytmem – zapewnia radny. – Nie mam większych marzeń, bo jestem szczęśliwy, spełniony, na co dzień przebywam w towarzystwie miłych mi osób, które nie tylko mnie kochają czy darzą sympatią, ale i rozumieją, dzielą ze mną moje pasje. Robię też to, co zawsze chciałem robić. To nie zajęcia mnie wybrały, to ja wybrałem.

Terenówką po Antarktydzie

Krzysztof Zaremba już od wczesnego dzieciństwa marzył o karierze kierowcy sportowego. – Moimi idolami byli Niki Lauda oraz Sobiesław Zasada – wspomina senator.

Marzenie o wyścigach za kierownicą w pewnym sensie się spełniło. Krzysztof Zaremba, znany ze swoich motoryzacyjnych pasji, hobbystycznie bierze udział w wyścigach pojazdów historycznych. – Nazwa „historycznych” jest w tym wypadku myląca – przekonuje pan Krzysztof. – To jest naprawdę poważne, szybkie ściganie - dodaje.

Do dyspozycji ma pieczołowicie odrestaurowanego Polskiego Fiata 125p, rocznik 1974, wersja Akropolis, moc 120 KM. - To wersja cywilna, treningowa. Obecnie odnawiam kolejnego fiata, który będzie w wersji rallye, czyli takiej jaką niegdyś prowadził słynny kierowca wyścigowy FSO Marek Varisella. Chcę nim startować w europejskich mistrzostwach – zapowiada.

Ale Krzysztof Zaremba to także zapalony czytelnik. Pierwsza książka, która jeszcze w dzieciństwie zawładnęła wyobraźnią przyszłego senatora, to „Król Maciuś Pierwszy” Janusza Korczaka. – Ta książka w sposób niezwykle plastyczny, ale i przystępny i szanujący inteligencję dziecka opisuje świat dorosłych – opowiada. – W tym także świat polityki i władzy.

Senator jest wielbicielem amerykańskiego kina gangsterskiego. – Uwielbiam „Gorączkę” z Robertem De Niro i Alem Pacino – stwierdza pan Krzysztof. – Klasyczny film gangsterski niby nie zaskakuje niczym, ale ma coś w sobie.

Krzysztof Zaremba odnalazł w Szczecinie kilka miejsc w swoim rozumieniu magicznych. – W tych miejscach czuję się naprawdę u siebie, czuję że to moje miejsca – zapewnia senator. – Nabrzeże odrzańskie, jezioro Rusałka, Różanka, Park Kasprowicza. Te miejsca bardzo chętnie odwiedzam już od dzieciństwa.

Podróże sentymentalne po szczecińskich miejscach nie są jedynymi ambicjami podróżniczymi Krzysztofa Zaremby. Senator marzy o wyprawie na Antarktydę. Inspiracją dla tego marzenia stały się wyczyny badacza Sir Ernesta Shackletona. – Dryfowanie z towarzyszami na krze przez kilka miesięcy, przeprawa szalupą na Wyspę Słoniową to są wyczyny, które powinny inspirować każdego mężczyznę – stwierdza pan Krzysztof. - Życie to jest męska przygoda, trzeba walczyć, Shackleton to wiedział. Dla mnie ten człowiek jest synonimem faceta.

Antarktyda urzeka Krzysztofa Zarembę nie tylko bezpośrednio za sprawą Shackletona. – O wyprawie na Antarktydę opowiada jeden z moich ulubionych filmów „Endurance”, ze świetną kreacją Kennetha Brannena – opowiada senator. – Jest też świetna książka o tym samym tytule, także o wyczynach podróżniczych Shackletona.

Marzenie o Antarktydzie Krzysztof Zaremba łączy z zamiłowaniem do motoryzacji – Chciałbym przejechać się po tym lodowym pustkowiu jakimś dobrym, terenowym autem, tak jak trójka Anglików z Top Gear.

Prestiż  
Październik 2010